Ciekawostki na naszym kanale You Tube’owym

Tak jak wcześniej Wam wspominałam, kolekcja „Botanica” powstała w wyniku naszych zainteresowań względem roślin i ich cudownych właściwości. Wspaniałym źródłem wiedzy jest blog doktora Różańskiego – zainteresowanych do niego odsyłam.  A my postanowiliśmy podzielić się z Wami ciekawostkami w krótkich filmikach na You Tube. Serdecznie zapraszamy do subskrybowania naszego kanału! 🙂

 

 

 

 

 

Kolorowe jajka wielkanocne – amarantowe, różowe i turkusowe

Nigdy nie spodziewałam się, że będę „ekspertem” od jakiegokolwiek przepisu, ale … ! Nigdy nie mów nigdy! 😉

Oto szybko sposób na odmienienie wielkanocnych jajek 🙂

JAJKA AMARANTOWE – JAJKA MARYNOWANE W BURAKACH

Czas przygotowania: 10 min

Czas oczekiwania: kilka godzin – kilka dni

Potrzebujesz:

  • 6-10 jajek
  • 2/3 szklanki koncentratu z buraków
  • 1/2 szklanki octu
  • 1 szklanka wody
  • 1/3 szklanki cukru
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • 2-3 liście laurowe
  • 1 łyżeczka soli
  • (ja czasem dodaję również czosnek i marchew pokrojoną w słupki – są pyszne po zamarynowaniu)

Jajka ugotuj, ostudź i obierz ze skorupek, podgrzej zalewę i marynuj w słoiku minimum przez kilka godzin. Jajka będą różowe z zewnątrz, białka w większości pozostaną białe. Jeśli pomarynujesz je przez kilka dni – będą intensywnie amarantowe. Moje marynowały się pięć dni.

Nie przejmuj się, że na początku jajka będą dotykały ścianek słoika i będą sprawiały, że zafarbują się nierówno.  Później białko stężeje, jajka będą miały zupełnie inną konsystencję i… będą przepyszne.

JAJKA PASTELOWE: TURKUSOWE I JASNO-RÓŻOWE

Czas przygotowania i oczekiwania: kilka minut

Jajka ugotuj, ostudź, przetnij na pół i wyjmij żółtka. W naczyniu przygotuj roztwór wody z barwnikiem spożywczym i zanóż w nim białka. W zależności jak długo będą się w nim znajdować, uzyskasz różne nasycenie. Moje były kolorowane od minuty do pięciu.

Zaletą tychże jajek jest czas przygotowania , szybki „efekt WOW” i szerokie spektrum kolorów. Barwników spożywczych dostępnych w sklepach jest wiele – można je ze sobą łączyć bez ograniczeń. Nie są one jednak tak smaczne jak jaja marynowane (moje mają posmak ciasteczkowy).

Co z żółtkami?

Jajka, które się marynowały mogą mieć również lekko zabarwione żółtka. Ja tak je zostawiam. A jak chcę mieć inny kolor, to barwię żółtko w marynacie buraczanej lub dodaję kroplę barwnika spożywczego. Dodatkowo można zrobić przepyszne nadzienia z czego dusza zapragnie!

Kochani! O ile jajka barwione w barwnikach spożywczych przygotowuję tylko na Wielkanoc, o tyle jajka marynowane w burakach są ze mną cały rok! Są przepyszne, pięknie ozdabiają kanapki, sałatki i cudownie smakują! Mój mąż je uwielbia! Polecam Wam gorąco!

Jeśli jeszcze dziś wieczorem kogoś gościcie, zabarwcie jaja ze śniadania! Efekt „WOW” murowany!

ALLELUJA!

🙂

 

 

Alleluja!!! 🙂

Botanica – inspiracje

Doskonale wiecie, że kolekcje powstają z dużym wyprzedzeniem. „Botanicę” zaczęłam tworzyć zeszłego lata… A w zasadzie zaczęliśmy! Posłuchajcie…

Każde wakacje spędzamy nad morzem, w Jantarze.  Latem kończyłam kolekcję „Patria” i przygotowywałam się do pokazu. Pamiętacie pewnie moją  „polową” pracownię, jaką urządziłam sobie w drewnianym kempingu. W tym czasie Dominik z moim tatą wymyślali, jak zrobić husarskie skrzydła dla modelek. W zasadzie ciężko pracowaliśmy w nasze wakacje.

Nasz domek stoi na skraju lasu, toteż wystarczy postawić nogę na progu i już jest się w innym świecie.  Tak to wygląda:

Tegoż lata zaczęliśmy interesować się właściwościami ziół, obserwować jak i gdzie rosną, zbierać, próbować. Ot, taka rozrywka. Kto wie, ten wie, a kto nie wie zaraz się dowie – zanim studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych mój wymarzony kierunek – projektowanie mody, jeden rok spędziłam na Architekturze Krajobrazu. Rośliny zatem nie są mi obce, ale też nie całkiem znajome, ponieważ zamiast być pilną studentką, na wykładach  robiłam szkice sukienek.  Na botanice też. Choć z botaniki czułam się niemalże ekspertką, ponieważ pomimo tego, że byłam w liceum w klasie o poszerzonym angielskim, to nasza wychowawczyni uczyła nas poszerzonej biologii (pozdrawiam serdecznie Pani Grażynko). O czym to ja pisałam? Aaa… 😉

Inspiracja! Nie wiem jak wygląda Wasza karta pamięci w telefonie, ale ja zazwyczaj aby zrobić jedno zdjęcie, muszę skasować dziesięć. Tak więc chodziłam po tym lesie i plaży w towarzystwie pięknego i jakże oczytanego męża i fociłam wszystko to, co później przeniosłam na druki: dzikie róże, rokitniki, liście, trawy, chwasty…

Kiedy na chwilę wracaliśmy do Łodzi, spędzaliśmy dużo czasu w Ogrodzie Botanicznym i Palmiarni – tam zdjęcia robił Dominik i to z nich powstało wiele naszych druków.

Ważną rolę odegrała też ścianka! I tak jak zawsze Wam mówię, że nie cierpię „ścianek” i na nich nie pozuję, tak tę uwielbiam i uwielbiają ją również nasi goście, ochoczo się na niej fotografując. A tak naprawdę jest to graciarnia i stary kibelek (deski błękitne) oraz kemping (deski zielone). Ścianka jest czymś, co symbolizuje moje lato, postanowiłam ją zatem przenieść do pracowni. Przenieść czyli zainstalować coś w podobie do niej, abym mogła sobie w zimowe wieczory w pracowni nacieszyć oko czymś, co dobrze mi się kojarzy. Drewniane deski stały się zatem inspiracją do scenografii sesji lookbookowej.

Ścianka w pracowni prezentuje się tak:

Ach! Zapomniałabym o bardzo ważnej osobie! Dostrzegłam ją na zdjęciu powyżej i gdyby nie to, całkowicie bym o niej zapomniała. A ona by mi tego nie wybaczyła! Mowa o naszej wspaniałej ambasadorce kolekcji! Jest nią Arnika Botanika. Nie wiem, czy powinnam mówić Wam TAKIE rzeczy, ale wymyśliłam ją u moich rodziców, jak byłam na Świętach i piłam wino. Zanim zaczęłam śpiewać, narysowałam JĄ. Już od kilku sezonów zbierałam się, aby wymyślić postać fikcyjną o ciekawej historii, ale to wino mojego taty, którego nie można ruszać bo jest zakazane 😉 okazało się pomocne i pewnie będę teraz musiała płacić tacie zaiksy 😉

Całą kolekcję pokażę Wam w kolejnym wpisie, dziś zobaczcie mały jej wycinek.

 

Reasumując: magiczna moc roślin zaczyna działać w momencie wyjścia na łono natury. Sprawdźcie sami! Natura naprawdę potrafi pocieszyć, uleczyć trzeba tylko w to uwierzyć! Zostawcie zatem na chwilę telefony, laptopy i idźcie na spacer. Zajrzyjcie tylko od czasu do czasu do mnie, bo mam Wam jeszcze wiele do powiedzenia 🙂

 

Chciałabym, chciała….

„Chciałabym być wyższa/niższa, chudsza/grubsza…  ładniejsza; chciałabym mieć proste/kręcone włosy; większy/mniejszy biust. Chciałabym mieć wszystko a przynajmniej wiele odwrotnie niż mam.” Słyszę to niemal codziennie. I co najdziwniejsze mówią to osoby, którym niczego nie brakuje a ich rzekome kompleksy bardzo często są ich atutami. Podam Ci prosty przykład na własnej osobie. Najczęstszym komplementem jaki słyszę od innych jest: „ale masz piękne włosy!”. Teraz umiem za taki komplement podziękować i rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że są one gęste, kręcone, mogą się podobać. Ale czy wiesz, że większość swego życia je prostowałam, karbowałam, zaplatałam w warkocze lub nawet kręciłam na jakieś lokówki, bo… „moje loki nie były dość dobre”?  Problem skończył się sam, jak trzy lata temu pojechałam na wakacje do Chorwacji pod namioty z naszymi przyjaciółmi. Oczywiście zabrałam ze sobą cały asortyment prostujący włosy, ale głupio było mi go nawet wyjąć z walizki. Chłopaki grali na gitarach, śpiewali, ich żony opiekowały się dziećmi a ja w tym czasie miałabym w niewyobrażalnym upale nagrzewać prostownicę, wyciągnąć lusterko i się czesać a potem nie kąpać (albo pływać z głową ponad wodą), bo by się wszystko popsuło…. Jakoś nie bardzo 😉 Zostawiałam je więc mokre i wysychały do naturalnych loków. Po dwóch tygodniach takiego życia stwierdziłam, że jest ono bardzo wygodne, daje mi godzinę, którą mogę przeznaczyć na przyjemności i na dodatek okazało się, że przez prawie trzydzieści lat (!) uznawałam swój atut za coś zupełnie niefajnego.

Tak to jest, że każda z nas ma mocniejsze i słabsze strony. Choć mogą one być „słabsze” tylko w naszych głowach lub ze względu na panujące kanony piękna kreowane przez media. Przecież nie każda kobieta musi dążyć do „wzorcowej” sylwetki klepsydry. Ktoś może czuć się dobrze z tym, że jest szczupłą „kolumną”, apetyczną „gruszką” czy eleganckim „jabłkiem”. Warto jest polubić siebie i znaleźć swoje mocne strony, nawet jeśli odbiegają od „ideału”.  Pomocna w tym jest wiedza o swojej palecie kolorów, o fasonach ubrań, butów i dodatków odpowiednich dla sylwetki. Ważne jest też, aby to wszystko skomponować zgodnie z charakterem, temperamentem, trybem życia. Nie jest dobrym sposobem próba kopiowania stylu znanej gwiazdy lub przyjaciółki, tylko dlatego, że ona wygląda zjawiskowo. Ty możesz mieć zupełnie inną budowę ciała, inne proporcje i w tej samej stylizacji będziesz wyglądała… koszmarnie. I odwrotnie. Nie kupuj czegoś, bo jest hitem tego sezonu w kolorze „nude” jeśli w kolorze „nude” wyglądasz jakbyś drugi tydzień chorowała na ciężką grypę. Ja w liceum korzystałam z takiego triku: jak chciałam dostać zwolnienie od pielęgniarki (tak, kiedyś pielęgniarka szkolna mogła wypisać zwolnienie), ubierałam się w pomarańczową koszulę (moja przyjaciółka w żółty sweterek – bo jak chorować to w duecie!). Wyglądałam w niej tak źle, że nawet nie musiałam symulować.

Kolejny wpis poświęcę sukienkom z moich kolekcji, które maskują brzuch. Z doświadczenia wiem, że spędza to wielu paniom sen z powiek a wcale nie jest to takie trudne, aby wyszczuplić tą część ciała bez drakońskiej diety i halek modelujących.

Jeśli macie pytania i chciałybyście, abym pomogła je Wam rozwiązać tu na blogu, piszcie w komentarzach lub na maila: info@nikonorov.com 🙂

Poniżej zdjęcia z pamiętnych wakacji pod namiotem. Jedwabną suknię też tam miałam 😉

milita_nikonorov milita_nikonorov2 milita_nikonorov4 milinikonorov

Polowa pracownia w kempingu

Jak mija Wam lato? Jesteście jeszcze na urlopie czy już w pracy? Ja jestem na jednym i w drugim 😉 To znaczy, wyjechałam odpocząć, ale zabrałam ze sobą mały skrawek pracowni, czyli: przenośną maszynę do szycia (na której dość ciężko mi się tworzy, bo szyjąc na niej zamiast na moich przemysłowych „torpedach” czuję się, jakbym przesiadła się z Ferrari do Malucha: wszystko się trzęsie, hałasuje i wolno się „jedzie”… ale i tak jest lepsza niż sprzęt w pewnym programie telewizyjnym 😉 ), trochę tkanin, kufer z przyborami do tworzenia biżuterii oraz kwiatów…. W podróży cały ten majdan stał mi pod nogami (bo reszta auta wypełniona była moimi zwierzętami oraz pakunkami moich zwierząt 😉 ), tak więc za wygodnie nie było, ale za to jechałam pełna nadziei, że coś zrobię… jak już znudzi mi się odpoczywanie 🙂

Pracownię urządziłam sobie w starym, drewnianym kempingu, gdzie nie ukrywam, pracuje mi się znakomicie. Siedzę tu w „opalaczach” (tak na kostium kąpielowy mówiła moja babcia) i co jakiś czas wychodzę się poopalać, wypić kawę z naszymi gośćmi albo uciekam na spacer do lasu lub nad morze z psem oraz mężem (uprzednio zakładając jedną z trzech sukienek, jakie ze sobą wzięłam i noszę na zmianę; mam ich tak mało bo: a) w tym sezonie najbardziej je lubię; b) bo cały samochód wypełniony był moimi zwierzętami oraz pakunkami moich zwierząt; c) bo zabrałam ze sobą za dużą część mojej pracowni; d) bo jechała z nami również gitara; e) bo miejsce przeznaczone na mój bagaż zapchany był już moimi butami 😉 )

Jak wygląda moja polowa pracownia możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. A! I co najważniejsze, przyjmuje w niej klientki, wysyłam niektóre zamówienia, które da się tu wykonać. Serio! Kilka dni temu była u mnie Natalia, której szyję suknię ślubną („Magdalenę Hypnotic White”). Zrobiłyśmy przymiarkę, poplotkowałyśmy a jej mały synek podlał nam w tym czasie cały ogródek. Po prostu bardzo mu się podobało to zajęcie i w sumie obraził się, jak go poprosiłyśmy o zakończenie tych prac ogrodowych 🙂

Niedługo wracam do mojej prawdziwej pracowni i wypoczęta, ze szkicownikiem zapełnionym pomysłami zasiądę do przygotowania nowej kolekcji, którą pokażę we wrześniu w Warszawie. Jestem ciekawa, czy spodziewacie się, co tym razem było moją inspiracją?

PS. Najbardziej to się boję podróży powrotnej, gdyż wszystko, co tu mam przywiozłam ze sobą na „trzy razy” 😉 .

Pozdrawiam słonecznie z pięknego Jantara 🙂

milita_przymiarka__w_kempingu

pracownia_w_kempingu3

kwiaty

kwiatowa_kolia_milita_nikonorovty

 

Z innej bajki

Dziś w prezencie dostałam kolejną sesję 🙂 Tak samo spontaniczną jak ostatnio: w przerwie w pracy.  Efekty nie powstały w żadnym programie, są pomysłem Dominika i trochę musieliśmy się namęczyć, aby było jak mistrz sobie życzy. Dziękuję ❤ fot. Dominik Nikonorov

 

Project Otylia

„Halo. Milita, mam do Ciebie pytanie, ale mnie nie zabij…” Głos Otylii w słuchawce był poważny a ja czekałam na to pytanie, którego odpowiedź mogłaby narazić ją na utratę życia 😉 „…Pamiętasz taką suknię (tu opis), co mi kiedyś uszyłaś czarną?? Dałoby radę zrobić podobną czerwoną?” „Dałoby radę. Czemu mam Cię za to zabić?” „Bo sukienka potrzebna mi na… jutro.” Ha! I następnego dnia rozpoczęłam walkę z czasem, jestem w tym już chyba nawet dobra. Bo musiałam skompresować swój czas – zrobić wszystko, co miałam do zrobienia szybciej i poratować Otylię czerwoną sukienką…. I wtedy przypomniałam sobie jak my właściwie się poznałyśmy. Zadzwoniła do mnie fotografka, że ma sesję z Oti, ale że nie ma dla niej długiej sukni. Oti ma 1,86 wzrostu plus szpilki, to prawie 2m! I tu pojawił się problem…. Taki sam jak na początku historii – suknia potrzebna była „na jutro”. Uszyłam jasnokremową dłuuuuugą, prostą suknię. Otylia była zachwycona, od razu ją kupiła i przyjechała do mnie po więcej. I tak od czasu do czasu zaskakiwała mnie kolejnymi sukienkami „na jutro”, „na wczoraj”, „na dziś”. Współpracujemy razem już długi czas i wiem, że z dnia na dzień może ukazać się nowy odcinek „Project Otylia” i kolejne zaskakujące zadanie 😉

Sesja z Otylią i pierwsza suknia:

Kilka kreacji mojego projekty z szafy Otylii (zdjęcia na Fan Page’a https://www.facebook.com/jedrzejczakotylia):

Nasza wczorajsza przymiarka:

Dziś na Gali Mistrzów Sportu Otylia wręczała nagrodę w mojej czerwonej sukni 🙂

 

Dziesięć lat minęło…

Rozpoczął się na dobre rok 2015. Wiele osób podsumowuje rok poprzedni, ja natomiast chciałabym w skrócie podsumować… dziesięciolecie mojej pracy . A dokładniej dziesięciolecie mojej firmy, bo powstała w 2005r, natomiast mój pierwszy butik w 2003. Byłam w nim wówczas zatrudniona jako projektantka i działał on pod moim szyldem.

Od czego więc zacząć? Chyba od początku. A początek łatwy nie był. Miałam w kieszeni trzy złote. Kupiłam bilet i pojechałam dowiedzieć się jak najwięcej o dotacjach unijnych. W mojej małej pracowni w pokoju u rodziców zgromadziłam kilka maszyn, które kupiłam za pieniądze, jakie wygrywałam w konkursach dla młodych projektantów na studiach. Czyli swój wkład miałam. Oprócz tego miałam też wielką wiarę, że mi się uda. I udało się. Za dotację kupiłam kolejne maszyny i wszystko to, co było mi wtedy potrzebne, aby zacząć działać. Ale to był tylko początek i musiałam prężnie działać, aby utrzymać firmę, bo zaplecza finansowego nie miałam wcale. I właśnie kończyłam studia w Łodzi, które również pochłaniały ogromne pieniądze. Szyłam wtedy głównie modele, które projektowałam w ramach zajęć – podobały się młodym dziewczynom, sprzedawały się dobrze a ja każdą złotówkę inwestowałam dalej. I nie mogę tego nawet nazwać wyrzeczeniem, bo to właśnie sprawiało mi frajdę.

WARSAW FASHION STREET 2007

Mój pierwszy poważny pokaz. Na spotkanie z Dorotą Wróblewską jechałam przejęta jak nigdy dotąd. Zanim wysłałam zgłoszenie długo zastanawiałam się jaka powinna być kolekcja. Odpowiedź przyszła we śnie, z którego zapamiętałam jedynie, że moja ŚP Babcia Stefania powiedziała, abym zajrzała do szuflady. Zajrzałam. Były tam dwie ręcznie wykonane przez nią niegdyś róże: błękitna i jasno-brązowa. Przypomniałam sobie jak razem z nią uczyłam się robić kwiaty z różnych materiałów: z liści, opakowań po cukierkach, z resztek materiałów. A jakby całe elementy ubrań pokryć takimi kwiatami? Kwiaty na osiem sylwetek robiłam jakieś cztery miesiące, pozostałe dwa je naszywałam. Kolekcja nie wygrała, ale była na tyle charakterystyczna, że zainteresowało się mną kilka osób i zaczęłam istnieć w „świecie mody”, choć to może trochę za wiele powiedziane… 😉  Ciekawa historia z ów kolekcją jest taka, że zgłosiłam ją również na inny konkurs. W jury zasiadł znany projektant, który nie dopuścił mnie do kolejnego etapu. Dopuścił się natomiast wykonania kolekcji z identycznymi motywami kwiatowymi, mówiąc że „pomysł na kolekcję spadł mu z nieba”.

milita_nikonorov_2007

Wyżej wymieniona kolekcja była chętnie wypożyczana na sesje zdjęciowe, dzięki temu poznałam wielu ludzi, z którymi współpracuję do dziś. Ku mojemu zdziwieniu, kobiety chcąc mieć cokolwiek, co by z niej pochodziło, prosiły mnie choć o jeden kwiat jako broszkę. I tak powstały kolejne kolekcje, w których motyw róży często się przewijał. W różnych formach, w innych interpretacjach, czasem ukryty w draperii, czasem jako kaskada kwiatów w formie broszek na sukience. I uwierzcie mi, był moment, w którym dosłownie płakałam od nadmiaru zamówień na kwiaty, chciałam je wycofać i o nich zapomnieć. Ale z drugiej strony, one stały się charakterystycznym i spójnym motywem mojej twórczości, dały mi mnóstwo pracy – bo zlecenia sypały się w nieskończoność. I tu chyba mogę śmiało powiedzieć, że tak jak babcia pomagała mi za życia, tak również pomogła mi po śmierci.

Na portalach plotkarskich zawrzało, kiedy Ola Kwaśniewska założyła komplet broszek ode mnie AŻ trzy razy (!). Podpisano to zajście, że tak je lubi, że nie może się z nimi rozstać. Na wszelki wypadek wysłałam jej komplet innych… 😉

olakwasniewska_militanikonorov

 PIERWSZY WŁASNY BUTIK Z ATELIER (drugi w dotychczasowej karierze)

Przełom 2007/2008 to ważne wydarzenie w moim życiu zawodowym. Pierwszy własny butik z pracownią na piętrze. Zanim na dobre się wprowadziłam, klientki już zaglądały i kupowały moje projekty. Pocztą pantoflową rozniosło się, że u mnie powstają unikalne suknie, sukienki. Szczerze – nigdy nie zrobiłam oficjalnego otwarcia ani wielkiej reklamy a  pracowałam od rana do nocy. Wróżka, od której wynajmowałam pomieszczenie powiedziała mi, że i tak wyjadę, że nie wie po co mi to wszystko. Ludzie wokół przepowiadali moje bankructwo i chyba nawet na nie czekali… A ja w najlepszym momencie dla butiku, do którego drzwi się nie zamykały, zamknęłam go. Poznałam mojego przyszłego męża, wyjechałam do Łodzi. Prawie wszystkie klientki towarzyszą mi do dziś. Jedna z żalu, że wyjeżdżam, wykupiła ode mnie wszystkie meble, aby mieć je na pamiątkę.

Butik z pracownią w Szczecinie:

A ja znów zaczęłam od zera. Drugi raz. Razem z Dominikiem urządziłam nową pracownię, znów w domu, w dziewięciometrowym pokoju. O przyjmowaniu klientek nie było mowy. Aby znów stanąć na nogi postanowiliśmy bardziej skupić się na sprzedaży internetowej. Dominik, który (niestety) odłożył karierę muzyczną na później, postanowił mi pomóc w wypromowaniu marki w sieci. Ja natomiast starałam się stworzyć ubrania, które będą na tyle proste, aby ich zakup na odległość nie sprawiał nikomu kłopotu. Powstało wtedy wiele modeli, które są w mojej ofercie do dziś, bo dziewczyny nadal chcą je nosić. Aby dotrzeć do tego miejsca, w którym teraz jest STUDIO NIKONOROV minęły cztery lata. Przenosiliśmy się cztery razy w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Obok pracowni mieści się mały showroom ze studiem foto i video. A Dominik może sobie spokojnie tworzyć muzykę kiedy za ścianą tworzą się nowe kolekcje 🙂

Aktualna pracownia w Łodzi:

Jeden z współpracujących ze mną butików, Jolli – Sky Tower, Wrocław

jolli_milita_nikonorov

 

 

„FINDING NEVERLAND” JESIEŃ/ZIMA 2010/11

Po trzech latach od Warsaw Fashion Street i skupieniu się na produkcji i sprzedaży w internecie znów pojawiłam się u Doroty Wróblewskiej 🙂 Z kolekcją inspirowaną filmem „Finding Neverland”. Znów ręcznie zdobioną, misternie drapowaną z lekkich tkanin jedwabnych.

Kolekcja w obiektywie Magdy Lipiejko:

Kolekcja w obiektywie innych fotografów:

 

I na koniec perełka. Marta Sędzicka, finalista Top Model w Paryżu na sesji z moją suknią kilka lat temu 🙂

Milita Nikonorov

 

„FINDING NEVERLAND” JESIEŃ/ZIMA 2010/11 READY-TO-WEAR:

 

 

 KWIATÓW CIĄG DALSZY; kolekcja koktajlowo-wieczorowa JESIEŃ/ZIMA 2012/13

Kilka zdjeć:

„B(L)ACK TO THE FUTURE”, pokaz w Dusseldorfie:

 

PONADCZASOWE SUKIENKI, pret-a-porter JESIEŃ ZIMA 2012/13

Kilka zdjeć:

 

„THE SECRET GARDEN” – SUKNIE ŚLUBNE, WIECZOROWE I KOKTAJLOWE 2013

WIOSNA-LATO 2013

PÓŁFINAŁ MISS POLSKI 2013, transmisja na żywo TV4

 

 „SMOKEY EYES” JESIEŃ/ZIMA 2013/14

„PROJECT RUNWAY”

Przygoda z telewizją, z której relacja na moim blogu skończyła się na odcinku czwartym  a w której miałam przyjemność uczestniczyć odcinków dziesięć. Opuściłam program na chwilę przed finałem. Nie żałuję. Czasem lepiej dobrze odpaść, by potem lepiej wypaść (ktoś tak kiedyś powiedział 😉 ).

 „KALEIDOSCOPE” WIOSNA-LATO 2014

PÓŁFINAŁ MISS POLSKI 2014, transmisja na żywo: TV4:

milita_nikonorov_misspolski14

 

„ECLIPSE” JESIEŃ/ZIMA 2014/15:

MISS SUPRANATIONAL 2014, transmisja na żywo POLSAT:

 

 

PUBLIKACJE:

Po więcej zapraszam TU

I co dalej?

Prywatnie jestem bardzo szczęśliwą i spełnioną osobą, mam cudowną rodzinę, męża i przyjaciół, którzy od zawsze mnie wspierali. Zawodowo nigdy nie stawiam sobie noworocznych postanowień, po prostu robię kolejną kolekcję i wszystko dzieje się samo… Był taki czas, że chciałam za wiele, za szybko – i nic nie mogłam osiągnąć. Wtedy wpadła mi w ręce książka Doroty Kościukiewicz-Markowskiej „Bez Wysyłku”. Artystka, z którą miałam przyjemność pracować, opisała w niej swoje prawdziwe przeżycia i uprzedziła, że książka zmienia życie. Faktycznie tak jest. Polecam tym, którzy są zbytnio zafiksowani na swojej karierze. Kto czasem zagląda na mojego bloga lub zna mnie osobiście wie, że nie dla mnie są ścianki na event’ach, brylowanie na bankietach. Siedzę przy maszynach po naście godzin dziennie i to sprawia mi największą satysfakcję. Do swojej pracy podchodzę w bardzo kobiecy i szczery sposób. Oprócz jednej pary jeansów nie mam w szafie nic, co nie jest opatrzone metką „NIKONOROV”. Każdą rzecz, tkaninę, wykończenie testuję sama na pół roku przed wejściem do nowej kolekcji. Na modelce wszystko wygląda idealnie, ja chcę aby moje ubrania były również wygodne i trwałe dla normalnych kobiet, takich jak ja, Ty. Dla mnie największym luksusem jest wygoda, luz, swoboda i styl w każdej sytuacji ale mój dzień to krojenie, upinanie, praca przy maszynach a w międzyczasie spotkania z klientkami, kontrahentami, dostawcami. Nie mam czasu na przebieranie. Sukienka musi to udźwignąć. Chciałabym dać innym wiarę w siebie. Pokazać, że dobry wygląd to nie jest kwestia rozmiaru lecz dobrze dobranego fasonu. Czasem lepiej posiadać jedną idealną sukienkę od projektanta niż dziesięć nic nie wartych z sieciówki. Oprócz tego, nie trzeba wiele oprócz wiary, pokory i wytrwałości by spełniać swoje marzenia. Drugą COCO CHANEL nie będę. Ale pierwszą MILITĄ NIKONOROV tak! 🙂 To mój cel.

Na koniec.

Dla jednych to, co zrobiłam w przeciągu tych dziesięciu czy nawet dwunastu lat to wiele; inni uważają, że mało. Jedni i drudzy mają rację. Są projektanci, którzy świętują swoją rocznicę hucznie i bardzo medialnie lecz oni bardzo często od samego początku mają ogromne wsparcie finansowe od znaczących sponsorów. Ja nigdy takiego nie miałam, startowałam od zera absolutnego, od kilku metrów materiału na stole. To pozwoliło mi powoli budować swoją markę, bez ciśnienia i parcia. Może dzięki temu uda mi się pozostać w branży na dłużej i nie zniknąć po kilku sezonach. Dziękuję tym, którzy się do tego przyczynili: mężowi, rodzicom, dziadkom, bratu, przyjaciołom, wszystkim tym, których spotkałam na swojej zawodowej drodze… Chciałabym Was tu wszystkich wymienić, ale to nie ma sensu, bo nie starczyłoby mi nocy a Wy i tak wiecie, że jestem Wam wdzięczna 🙂

Milita

 

PS. W związku z licznymi pytaniami, odpowiadam: JESTEM RODOWITĄ POLKĄ. Mój mąż również jest Polakiem z krwi i kości. Amen 🙂